|
Aug 16, 2006
Genealogiczny Relax
Nie poszłam dzisiaj do pracy. Wzięłam sobie wolne za sobotni dyżur w
laboratorium. Właśnie siedziałam przed komputerem, gdy zadzwonił
telefon. Odezwał się męski głos w słuchawce, poprosił mnie o
spotkanie, wyjaśniając, że przyjechał do Leżajska z dwiema
Amerykankami, które wybrały się do Polski, kraju swoich przodków w
poszukiwaniu korzeni. Przodkowie byli ewangelikami. Od
dwóch dni ulokowane w hotelu próbowały skontaktować się ze mną.
Namiary znalazły na moich stronach w Internecie.
Miałam trochę inne plany na dzień dzisiejszy, chciałam trochę
pomieszkać w domu, a także zamierzałam wybrać się na działkę, by
sprawdzić jakie spustoszenia porobiły moje dzieci podczas
grillowania z kolegami. Jednak po tym telefonie bez zastanowienia
zmieniłam plany.
Z
Amerykankami umówiłam się w przytulnej leżajskiej restauracji.
Dobrze, że jedna z nich mówiła po polsku. Jakież było moje
zdziwienie, gdy jedna z Amerykanek wyciągnęła plik kartek z
wydrukiem mojej strony W
poszukiwaniu korzeni .
Pokazała mi zakreślone na wydruku nazwiska, które ją interesowały
oraz miejscowości, które chciałaby odwiedzić. Odnalazła na mojej
stronie www swoich prapraprzodków. Miała również 3 wydruki z
Ancestry.com. Rozrysowałam z tych danych szkic drzewa
genealogicznego i wyruszyliśmy w podróż do przeszłości.
Baranówka (Hirschbach) maleńka kolonia niemiecka została przejęta z
początkiem XIX wieku przez 7 kolonistów. Na moich stronach podałam:
"W 1847 roku znane są następujące nazwiska osadników niemieckich:
Wilhelm Neu (nr l), Matius Neu (nr 2), Herman Witwe (nr 3), Michael
Wagner (nr 4), Nicolaus Franz (nr 5), Jakob Herman (nr 6), Adam
Engelberg (nr 7). Wnet kolonia rozrosła się nieco i pojawiły się w
niej nowe nazwiska, jak:
Nehr, Biembach, Engelman, Waldeck, Schober, Henn, Schmidt".
Nas interesowały nazwiska Wagner, Franz, Engelman, Henn, Schmidt. To
przodkowie amerykańskiej turystki, którzy mieszkali kiedyś w
Baranówce.
Z pomocą przypadkowo napotkanych mieszkańców Baranówki udało nam się
jedynie ustalić, gdzie kiedyś stał kościół ewangelicki. Mieszkańców
o takich nazwiskach już nie ma we wsi. Osiemdziesięcioparoletnia
staruszka opowiedziała nam trochę historii wioski, będącej kiedyś
niemiecką kolonią. Przed laty kupiła plac po kolonistach, dostała
też we władanie stary, poniemiecki cmentarz . Kazano jej wówczas
wyciąć na nim drzewa, a cmentarz doprowadzić do stanu używalności na
własne potrzeby. A że cmentarz był dla niej świętością, postanowiła
pozostawić go w stanie nienaruszonym.
Stoi
do dziś, zarośnięty, zaniedbany. Kiedyś znajdowały się na nim piękne
grobowce, ale chciwi, wredni ludzie rozgrabili kamienne lub
granitowe tablice. Pośród wysokich drzew zostały tylko gdzieniegdzie
zarośnięte dołki po grobach, między którymi rosły dorodne grzyby .
Znalazłam tam kilka okazałych podgrzybków.
Amerykanka wzięła sobie 2 kawałki znalezionych odłamków kamieni,
pozostałości po grobach, jeden dla siebie, drugi na pamiątkę dla
kuzyna, który tak samo jak ona jest zapalonym genealogiem w Stanach.
Kilka zdjęć i garść ziemi z cmentarza zapakowanej do woreczka
foliowego i ogromne wzruszenie. Trochę
rozczarowani, pojechaliśmy do sąsiedniej wioski Łukowej koło
Sarzyny.
W Łukowej, dawnej maleńkiej kolonii niemieckiej, nazywanej lokalnie
wsi 'Niemcy' nie znaleźliśmy nic ciekawego. Piękne nowoczesne
kamienice rzucające się w oczy, pośród starych domów być może
pamiętających charakterystyczną zabudowę osadników niemieckich.
Starego cmentarza tu nie znaleźliśmy i chyba nigdy nie istniał. Jest
tylko nowy 10 letni cmentarz z nowoczesnymi granitowymi nagrobkami.
Kőnigsberg to kolejna kolonia niemieckazlokalizowana jakieś 10 km
dalej, na obszarze byłego folwarku wójtowskiego w Woli Zarczyckiej.
Zasiedlona została w 1786 roku przez 11 rodzin (38 osób) wyznania
zreformowanego, zaś w 1812 roku było już tam 156 osób, co stanowi
wzrost jej mieszkańców o 310,5 %. W trzy lata później zamieszkiwało
w kolonii 29 rodzin. Wzdłuż prostej i szerokiej drogi każdy z
osadników otrzymał wówczas parcelę o wymiarze 322 sążni
kwadratowych, a niezależnie od tego po 12 mórg i 1492 sążnie
kwadratowych ról.
W Kőnigsbergu była kiedyś szkoła.
(źródło: Dzieje Leżajska - Józef Półćwiartek).
Stał
tutaj kiedyś piękny modrzewiowy kościół, plebania i duży cmentarz.
Dziś w miejscu kościoła stoi olbrzymi kamień a na nim figurka Matki
Boskiej, a obok lasek, pozostałość po cmentarzu, gdzie można znaleźć
jeszcze kilka omszałych, zniszczonych grobów.
Ludzie pamiętają jeszcze kościół, miał wysoką na 32 metry strzelistą
wieżę. W latach 60. zamieniono go na magazyn. Potem gospodarze wsi
nakazali go rozebrać. Znaleźli się ochotnicy strażacy, którzy
rozebrali kościół. Podobno wszyscy, którzy go demontowali dzisiaj
już nie żyją- mówili nam z pewną satysfakcją napotkani mieszkańcy. A
tutejszy ksiądz na kazaniu tłumaczy ludziom, że pochowanym na
cmentarzu kolonistom należy się szacunek i to święte miejsce należy
uszanować. W zeszłym roku procesja w Boże Ciało prowadziła również
na ten cmentarz.
W Kőnigsbergu 2 lutego 1847 roku ślub brał Johann Henn z Cathariną
Spiers - praprapradziadkowie Amerykanki, a także Friedrich Franz i
Catharina Magdalena Magenheimer 17 kwietnia 1842 roku-jej
prapradziadkowie.
Amerykanka sfotografowała również kilka starych domów. Ciekawie
opowiadali nam mieszkańcy historie osadników z czasów II Wojny
Światowej. Większości z nich udało się wyjechać po wojnie do
Niemiec. Niektórzy z nich nie
zdążyli, bo zostali rozstrzelani zanim zdążyli opuścić wioskę.
Odwiedziliśmy również leżajską ulicę Moniuszki, która kiedyś była
osadą niemiecką Gillershof zamieszkałą kiedyś przez katolików i
ewangelików. Geneza tej kolonii sięga początków 1787 roku. Stoją
jeszcze domy i budynki gospodarcze, spichlerze z XIX wieku. Na
jednym z nich widnieje napis 1867.
Kościoła już nie ma, po cmentarzu też nie ma śladu. W miejscu
cmentarza utworzono kiedyś boisko szkolne, na którym młodzież grała
w piłkę. Plebanię zamieniono na dom mieszkalny.
Zawiozłam ich jeszcze na niedawno odkryty przeze mnie stary cmentarz
stojący przy drodze do Rzeszowa. Mały lasek, w który stoi kilka
grobów -kamiennych obelisków z żeliwnymi krzyżami. Napisów brak.
Po 9 godzinnej wycieczce pożegnałam zadowolonych turystów, moich
niespodziewanych gości. Byli trochę niepocieszeni, że jutro muszę
iść do pracy i nie będę mogła poświęcić im więcej czasu.
Ja zrobiłam niewiele zdjęć, bo wysiadły mi baterie. Dobrze, że
wzięłam ze sobą kamerę. Nakręciłam ciekawy film z tego spotkania.
|