Zaprosiłam moją mamę w podróż do przeszłości. Odwiedziłyśmy cmentarz w Tarnawcu.
Niedaleko tarnowieckiego kościoła znajdował się przed wojną folwark Kahlów,
zwany potocznie Kahlówką, ale też Serwacówką .
To
przysiółek zwany od imienia właściciela folwarku
Serwacego Kahla, jest symbolem
niemieckich kolonistów. Ślad Nowego Dornbachu vel Neu Dornbachu vel Czterech
Chałup.
W
miejscu, gdzie niegdyś stał dworek Kahlów, stoi dzisiaj pomnik ku pamięci
żołnierzy AK.
Napis
na tabliczce:
„Żołnierze Armii Krajowej polegli w walce z okupantem 29 czerwca 1944 roku w
Kuryłówce”.
Poniżej
wypisane ofiary tragedii, jaka rozegrała się tam niespełna miesiąc przed
Wyzwoleniem.
Budową pomnika zajmował się
Władysław Rakszawski.
Co roku w tym miejscu, w dniu Święta Piotra i Pawła zbierają się tam na
uroczystościach mieszkańcy tarnawieckiej parafii, byli partyzanci, członkowie
ZBOWiD, i rodziny ofiar tamtejszej tragedii.
Moja
mama, Janina Stankiewicz z Feldmanów
naoczny świadek tamtych tragicznych czasów opowiedziała mi o swoich przeżyciach.
Do naszego domu (Feldmanów) przyszedł
inż. Józef Josse, AK-owiec, ps.
Scewoli, poinformował, że na Kahlówce są ranni żołnierze.
- Idźcie, bo tam potrzebna
jest pomoc, trzeba im coś ugotować opatrzyć rany- powiedział.
Wiedziałam, że rodzina
Kahlów wyjechała do Leżajska, a domem opiekowała się
Maria Kostkowa z d. Krach,
szwagierka Emila Kostka ps
Maciek (komendant miejscowej placówki AK). Niewiele myśląc, poleciałam zobaczyć,
czy mogę się przydać. Zastałam grupę rannych żołnierzy. Przywieźli ich nocą.
Zostali ostrzelani w Szyszkowie przez 1000-osobową grupę Kałmuków (Mongołów)
dowodzonych przez oficerów Wermachtu, z którymi stoczyli krwawą bitwę. W czasie
strzelaniny zostało rannych 12 żołnierzy, m.in. dowódca zgrupowania „Szpak”.
Zastałam na Kahlówce
również moje przyjaciółki: Marynę Werflówną i jej siostrę Jankę, które mieszkały
w Brzyskiej Woli na leśniczówce, a więc prawie po sąsiedzku z Szyszkowem,
słysząc strzały z bitewnych pól, wystraszone uciekły do Kuryłówki i schroniły
się u nas tj u Feldmanów.
W tym samym czasie Karola
Kobowa, która balowała na weselu w Brzyskiej Woli, przerwała imprezę i w wielkim
popłochu wystraszona wróciła do domu w Kuryłówce. Ktoś doniósł, że w lesie są
już partyzanci.
Na Kahlówce wzięłyśmy się
do roboty. Pomogłam Marii gotować
obiad, ja strugałam ziemniaki, obierałam ogórki na mizerię, Maria robiła makaron i przyrządzała kurczaki. W
międzyczasie ktoś pojechał do Leżajska po lekarza, wkrótce Jędrzejowski
przywiózł dr. Bolesława Szaniawskiego.
W
jednym pokoju leżał „Szpak” - dowódca partyzantów kpt Ernest Wodecki. Był
dowódcą Partyzanckiego Obwodu ZWZ-AK Łańcut. Prowadził działalność partyzancką
na terenie całego powiatu łańcuckiego, do którego należał też teren między
Kuryłówką a Brzyską Wolą tzw. Górki. W Górkach stacjonowały 300 osobowe
Oddziały partyzanckie AK.
28 czerwca 1944 roku na
wieść od łącznika biłgorajskiego oddz. AK o planowanej akcji likwidacji oddziału
partyzanckiego w Górkach przez Kałmuków, kpt Wodecki postanowił ewakuować
oddział do Lasów Janowskich na Porytowe Wzgórze. Niestety, pod Szyszkowem
partyzanci wpadli w zasadzkę. Ranny kpt Szpak wydał rozkaz wycofania oddziału z
powrotem do Brzyskiej Woli. Nocą z 28 na 29 czerwca przetransportowano rannych
partyzantów do Tarnawca, ulokowano ich na Kahlówce.
Część rannych żołnierzy
leżała w stodole.
Mama podając obiad
Szpakowi, spytała czy ma mu pomóc, by go nakarmić. Nie, dziękuję - powiedział.
Po obiedzie poszłyśmy razem
z Maryną
Werflówą i jej siostrą Janką
Werflówną do rzeki prać bandaże po zmianie opatrunków przez doktora
Bolesława Szaniawskiego.
Mańka zaproponowała nam, że
możemy już wracać do domu, bo to dzień świąteczny, święto Piotra i Pawła, że ona
sama pozmywa naczynia. Nie zdążyła. Słysząc tętent koni i dzikie okrzyki,
uciekła w pole, położyła się w bruździe i tam przeczekała. Maryna i Janka
wsiadły na furmankę, pojechały po Anielę Wilkos,
żonę leśniczego i razem pomogły reszcie żołnierzy ulokowanych w lesie przeprawić
się przez San z Ożańskiej
Góry w kierunku, chyba Woli Zarczyckiej. Maryna miała sukienkę w duże granatowe grochy. Podczas przeprawiania się
wpław przez rzekę, farbowane grochy zupełnie się rozpuściły i kiedy wyszła z
wody jej sukienka była cała granatowa.
Mama opowiadała, że poszła 10 minut
wcześniej przez pola do domu. Gdyby została nieco dłużej, to już by nie żyła.
Kiedy opuściła Kahlówkę, poszła do domu, nie zastała rodziców, gdyż poszli do
Maruszaków na Polski Koniec. Zjadła na
chybcika knedle (szwabskie pierogi). Poleciała do Uchniata, w międzyczasie
Gondek, który wraz z żoną uciekli z Brzyskiej Woli i zatrzymali się w Kuryłówce,
latał po wsi, krzycząc, że Mongoły już są w okolicy. Mama na prędce wzięła jeszcze z
domu dowód i z Karolą Kobową i Zośką Czaplową przez Przewrócie uciekły do łuziny
nad Sanem. Schroniły się pod rozłożystym drzewem, gdzie potwornie wystraszone
siedziały tam do wieczora. Z dala dolatywały dzikie wycia Mongołów,
nasłuchiwały, słychać było tętent koni.
Każdy się ich bał, gwałcili kobiety. Jakaś gospodyni usmarowała się krowim
łajnem, chcąc uniknąć gwałtu barbarzyńców.
Na
błoniu stała studnia, z której korzystało kilka gospodarstw. Gdy nadjechał
oddział Mongołów, napoili konie, pojechali w kierunku mostu na Sanie.
Wieczorem, Anna Czaplowa, matka Zośki i Ludwiki wzięła ciele przywiązane na powrózek i poszła do łuziny, stanęła i
cicho wołała
- Zośka! Chodźcie! Już ich nie ma!
Maryśka Muskusowa poleciała na Kahlówkę, była ciekawa, co się tam wydarzyło. Podobnie
ciekawscy Julek Czerniecki i Milek Kostek pojechali na rowerach na Kahlówkę
obejrzeć co się tam wydarzyło.
Okazało się, że o świcie konnica Kałmuków z Tarnogrodu dotarła do Brzyskiej
Woli, a przed południem zatrzymali się przy zabudowaniach Kahlówki, by napoić i
nakarmić konie . Kiedy znaleźli się przy studni, jeden z partyzantów, policjant
Karpiński otworzył do
nich seryjny ogień z broni. Kałmucy zareagowali natychmiast, padły strzały,
zabudowania stanęły w płomieniach. Z wyskakujących okien partyzanci byli
natychmiast rozstrzeliwani i wrzucani do ognia. „Szpak” został zastrzelony, gdy
wyskakiwał przez okno i zawisnął na różach, jednego z żołnierzy znaleziono
zastrzelonego nieopodal rzeki, być może zmierzał do rzeki, by się w niej umyć.
Jeden z żołnierzy dogorywał, a na jego krwawiącej piersi paliła się deska.
Po 2-3 dniach, wieczorową
porą partyzanci,
pochowali bohaterów na cmentarzu, pochowano ich w pobliżu grobu Huberów,
dzisiaj, niedaleko od tego miejsca znajduje się pomnik legendarnego partyzanta Józefa Zadzierskiego - ps.
"Wołyniak”. Pogrzeb organizował
Tadek Bielak. Jego siostra
Zośka i mama zrobiły wieńce.
Zrobili tabliczkę z blachy,
ozdobioną po bokach rulonami. Wypisali nazwiska i pseudonimy. Było ich chyba
12.
Kpt Ernest Wodecki ps. Szpak
Plutonowy Stanisław Pudło ps. Fajny
Kpr Stanisław Cisek ps. Kawka
Kpr Bogusław Pawłowski ps. Orkan z Łańcuta
Kpr Franciszek Ruta ps Klucz
Kpt Tadeusz Skórski ps. Achilles z Dąbrówek
Stanisław Szust ps Cyma Józef Kiełboń- sołtys w
Tarnawcu, (dziadek Józka Kiełbonia)
„ A gdy polegnę o drodzy moi,
dojdzie wasz może zza świata głos,
żem był szczęśliwy zginąć za sprawę, dziękując Bogu za taki los.
Nie mówcie nigdy, o drodzy moi, że szkoda moich młodzieńczych lat.
Bo pamiętajcie, że tylko z ofiar
powstaje nowy, lepszy świat”.
Mama nie pamięta czy
chowano ich w trumnach, czy nie. Śpiewano „W mogile ciemnej”.
W latach 50. rodziny,
ekshumowały zwłoki z tarnowieckiego cmentarza. Kpt Ernesta Wodeckiego, kpr
Stanisława Ciska kpr Bogusławskiego, Stanisława Szusta, kpt Tadeusza Skórskiego pochowano
na cmentarzu w Łańcucie.
Kilka lat temu, matka kpr. Bogusława Pawłowskiego ps. Orkan, przyjechała z
Łańcuta, po uroczystościach wypytywała mamę o zdarzeniach z tamtych chwil. Mama,
mówiła jej, że tam nie było czasu na rozmowę, wszyscy żyli pod strachem,
wiedząc, że lada moment mogą nadjechać Mongoły.
Matka Orkana opowiadała mamie jaką przeżyła tragedię, była młoda jeszcze.
Wiadomo, że syn był narażony na niebezpieczeństwo, liczyła się z tym, że różnie
mogło być. Miała córkę, która już jako dorosła zginęła tragicznie, potrąciło ją
auto. Tragedia córki ją dobiła.
Moja mama siedząc pod
pomnikiem, stwierdziła, że dwa razy szczęśliwie uniknęła śmierci, raz 29 czerwca
1944 roku na Kahlówce, drugi raz mogła zginąć na weselu swojej przyjaciółki -
Janki Oleszkiewiczównej z „Ojcem Janem”-
Janem Franciszkiem Przysiężniakiem,
dowódcą samodzielnego oddz. partyzanckiego NOW-AK.
29 czerwca 2011 roku odbyły się uroczystości z
okazji 67 rocznicy tragicznych zmagań żołnierzy AK z Kałmukami na Kahlówce w
Kuryłówce. Obchody rozpoczął ks. proboszcz Franciszek Goch uroczystą mszą w
Kościele pw św. Józefa w Kuryłówce. Wśród uczestników uroczystości byli
przedstawiciele Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej z Łańcuta i Koła nr
1 w Leżajsku. Hołd poległym żołnierzom złożyły władze gminy Kuryłówka,
przedstawiciele Urzędu Miasta Leżajska oraz Towarzystwa Miłośników Ziemi
Leżajskiej. Licznie przybyli radni i mieszkańcy wsi Kuryłówka, Tarnawca i
Ożanny, a także mimo okresu wakacyjnego młodzież i nauczyciele.